Mam na imię Maria. Mam 56 lat. Po mężu jestem Surówczyna.
Mieszkam w Płaszowie, niedaleko Krakowa. Nasz dom stoi przy drodze, którą codziennie przechodzą sąsiedzi, furmanki i dzieci biegnące do szkoły. Życie płynie tu spokojnie, choć czasy nie są łatwe. Od dwóch lat trwa wojna i coraz częściej mówi się o niej przy stołach, na targu i po niedzielnej mszy.
Jest rok 1916. Piszę te słowa z nadzieją, że dotrą do bliskich i znajomych, którzy są daleko. Może do rodziny w innym mieście, może do tych, których wojna rozrzuciła po świecie. Kartka pocztowa jest dziś czymś więcej niż zwykłą wiadomością. To znak, że człowiek żyje, pamięta i tęskni.
Dni mijają mi na codziennych obowiązkach. Trzeba napalić w piecu, przygotować posiłek, zadbać o obejście. Latem pracujemy w ogrodzie, jesienią zbieramy plony, zimą wieczory dłużą się przy lampie naftowej. Świat zmienia się powoli, ale ludzkie troski pozostają takie same – zdrowie dzieci, powodzenie gospodarstwa i pokój, którego wszyscy tak bardzo wyczekują.
Kiedy spoglądam na okolicę, widzę znajome pola, drzewa i drogi. Nie wiem, jak będzie wyglądało to miejsce za sto lat. Nie wiem, kto będzie mieszkał w naszych domach i czy ktoś będzie jeszcze pamiętał nasze nazwiska. Wiem jednak, że każdy z nas zostawia po sobie ślad – w rodzinnych opowieściach, na fotografiach i na takich właśnie kartkach.
Dlatego przesyłam serdeczne pozdrowienia z Płaszowa. Niech ta wiadomość będzie małym świadectwem czasu, w którym przyszło nam żyć.
Pozdrowienia z 1916 roku.
Maria Surówczyna.
