Klucze od mojego mieszkania na Dziesięciny oddałam nowym właścicielom w drugi czwartek kwietnia. Czterdzieści osiem metrów kwadratowych, trzecie piętro, widok na park Zwierzyniecki.
Dwadzieścia dziewięć lat tam mieszkałam – najpierw z Jurkiem, potem sama, po jego odejściu. Cztery lata wdowieństwa w tym mieszkaniu nauczyły mnie, że samotność ma swój rytm i można się z nim zaprzyjaźnić. Poranki z kawą przy kuchennym oknie, wieczory z radiem, wolne weekendy na rynku Kościuszki. Byłam przyzwyczajona. Nawet zadowolona.
Justyna zaczęła temat przy Wigilii. Siedziałyśmy z Oliwką nad ciastem makowym, kiedy córka powiedziała jakby mimochodem:
– Mamo, martwię się o ciebie. Sama w tym bloku, trzecie piętro bez windy, a kolano coraz gorsze.
–iałam, bo w tamtym momencie to brzmiało jak zwykła troska. Justyna miała czterdzieści lat, męża Damiana, dwójkę dzieci – Oliwię w szóstej klasie i Kacpra w drugiej. Mieszkali w domu pod Białymstokiem, kupionym na kredyt, który ciążył im jak kamień u szyi. O tym ostatnim dowiedziałam się dopiero później.
Temat wracał regularnie. W styczniu, w lutym, przy każdym spotkaniu. Damian podrzucał mnie do domu po niedzielnym obiedzie i za każdym razem kręcił głową na widok klatki schodowej.
– Pani Wiesławo, te schody to wyrok – mówił. – U nas ma pani pokój na parterze, ogródek, wnuki pod ręką.
Dwadzieścia sześć lat przepracowałam na poczcie. Sortowałam listy, wydawałam paczki, liczyłam przekazy. Nauczyłam się dokładności. Ale kiedy człowiek przechodzi na emeryturę i siedzi sam, traci czujność na ludzi. Zaczęłam się łapać na tym, że wieczorami wyobrażam sobie śniadania z wnukami, głosy w domu, ciepło.
W marcu podpisałam umowę sprzedaży. Dwieście siedemdziesiąt pięć tysięcy złotych. Pieniądze wpłynęły na moje konto, ale leżały tam niecały miesiąc.
Najpierw kuchnia. Justyna powiedziała, że skoro mama się wprowadza, trzeba wymienić blaty i płytki, bo stare są nieestetyczne. Trzydzieści pięć tysięcy. Potem Damian stwierdził, że ich samochód nie nadaje się do wożenia trzech pokoleń, i że znalazł okazję – roczny Hyundai za sześćdziesiąt dwa tysiące.
Potem łazienka, bo goście będą korzystać. Potem okna. Potem ogrodzenie. Za każdym razem Justyna przychodziła z tym samym uśmiechem i tym samym zdaniem: “Mamo, to przecież inwestycja w nasz wspólny dom”.
Mój pokój miał sześć metrów kwadratowych. Mieściło się łóżko, szafka nocna i wąska szafa z Ikei, która nie domykała się, bo zahaczała o framugę. Ściana sąsiadowała z pralnią – trzy razy w tygodniu słyszałam wirowanie bębna o jedenastej w nocy. Okno wychodziło na śmietnik. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam ten pokój, Justyna powiedziała szybko:
– To tymczasowe, mamo. Jak Oliwka pójdzie na studia, dostaniesz jej pokój.
Oliwka miała dwanaście lat. Do studiów zostało sześć lat. Sześć lat obok pralki i śmietnika.
Przez pierwsze tygodnie wmówiłam sobie, że jest dobrze. Robiłam śniadania wnukom, odbierałam Kacpra ze szkoły, gotowałam obiady. Justyna pracowała w biurze rachunkowym do piątej, Damian jeździł z towarem po całym województwie. Byłam potrzebna. Albo raczej – byłam przydatna.
Granica między tymi słowami okazała się cienka jak papier.
W maju podsłuchałam rozmowę. Nie chciałam, przysięgam. Szłam korytarzem do łazienki, a z sypialni Justyny dochodził głos Damiana:
– Spokojnie, jeszcze ze czterdzieści na koncie zostało. Weźmiemy resztę na taras, zanim się zorientuje.
Cisza. Potem Justyna:
– Tylko nie mów jej o tarasie. Powiem, że to z naszych.
Stanęłam w korytarzu. Nogi mi zdrętwiały, jakby ktoś wylał na podłogę cement i uwiązł mi w nim po kostki. Czterdzieści tysięcy. To było wszystko, co zostało z dwudziestu dziewięciu lat mojego życia w tamtym mieszkaniu.
Nie powiedziałam nic. Nie tego wieczoru. Nie następnego dnia. Milczałam tydzień, dwa, i w tym milczeniu robiło mi się corazzimniej, chociaż za oknem kwitły bzy i Kacper biegał po trawniku w samej koszulce.
Zaczęłam liczyć. Usiadłam w swoich sześciu metrach z kartką i długopisem i spisałam wszystko: kuchnia, samochód, łazienka, okna, ogrodzenie. Sto dziewięćdziesiąt trzy tysiące. Sto dziewięćdziesiąt trzy tysiące złotych, które przepłynęły przez ręce Justyny i Damiana w ciągu trzech miesięcy. Na moim koncie zostało czterdzieści dwa tysiące, bo resztę wydałam na lekarstwa i ubrania dla wnuków.
– Justyna – powiedziałam w niedzielę rano, kiedy Damian wyjechał na ryby. – Muszę z tobą porozmawiać.
Córka obierała jabłka na szarlotkę. Nie podniosła wzroku.
– O czym, mamo?
– O pieniądzach. O moich pieniądzach.
Nóż zamarł nad jabłkiem. Justyna patrzyła na mnie przez długą chwilę, a ja patrzyłam na jej ręce – te same ręce, które dwadzieścia pięć lat temu trzymały moją szyję, kiedy odprowadzałam ją do zerówki.
– Mamo, my ci wszystko oddamy. Po prostu teraz jest ciężko z kredytem…
– Nie oddacie – powiedziałam. – Wiemy obie, że nie oddacie. Chcę wiedzieć, ile zostało, i chcę to na piśmie.
Nastąpiła kłótnia. Nie krzyk, bo Justyna nie jest z tych, co krzyczą. Gorsze – cisza przerywana zdaniami wymierzonymi jak policzki. Że jestem niewdzięczna. Że mają dach nad moją głową. Że inne matki dają dzieciom i się nie dopominają. Że Jurek by się wstydził.
Na imię mojego zmarłego męża zacisnęłam zęby tak mocno, że poczułam ból w skroniach. Jurek by się wstydził. Ale nie za mnie.
Następnego dnia poszłam do biura porad obywatelskich przy Lipowej. Pani prawnik, młoda dziewczyna, popatrzyła na mnie ze smutkiem, który widać było tylko w kącikach ust.
