Płakała, zdarła kolana do krwi i modliła się, żeby ktoś ją znalazł. A jej mąż w tym czasie… SPAŁ.
„Gorzej już być nie może!” — myślała gorączkowo Emma. I wtedy potknęła się o powalone drzewo, upadła jak długa, rozrywając kolana i łokcie, a koszyk z grzybami wyleciał jej z rąk. W tej chwili dorosła kobieta rozpłakała się na głos, mimo dawno złożonej sobie obietnicy — że już nigdy nie będzie płakać.
Od dziecka uczono ją: „Łzy nic nie pomogą”, a jeszcze częściej w głowie brzmiały słowa babci: „Im więcej wypłaczesz, tym mniej… no, sama wiesz”. Matka i babcia były twarde, nigdy nie okazywały słabości.
A teraz — czterdzieści dwa lata, leży w mokrym lesie, czuje smak ziemi, wodę chlupiącą w butach i płacze jak dziecko — bo boli, bo się boi, i przede wszystkim — bo straciła nadzieję. Deszcz siąpił, jakby siły wyższe postanowiły dodać dramatyzmu i tak już fatalnej sytuacji.
I nagle przemknęła jej myśl: „Boże! Może Fryderyk już mnie szuka! Może nawet zawiadomił policję! Pewnie nie może usiedzieć w miejscu, rwie sobie włosy z głowy, a ja tu ryczę jak dziecko!”
Ta myśl dodała Emmie sił. Z trudem się podniosła. Spodnie rozdarte, przyklejone do ran, ręce bolą. Zgarnęła rozsypane grzyby, wypluła ziemię i rozejrzała się, próbując zapamiętać jakikolwiek punkt orientacyjny.
„Na pewno już wszczęli alarm! Fryderyk z synem w panice…”
Wyobraziła sobie, jak ją witają — mąż z oczami czerwonymi od płaczu, syn rzucający się jej na szyję, a ona mówi: „Teraz już wiesz, jak to jest stracić swój skarb!” — i to zmusiło ją do dalszego marszu. Wszystko jedno dokąd — byle nie stać i nie poddawać się.
A przecież ranek zaczął się tak pięknie…
— Z tymi twoimi grzybami to już mi uszy puchną. Nigdzie nie jedziemy! — powtarzał zirytowany Fryderyk, odpierając kolejne pomysły żony.
Był cudowny wrzesień. Sprzedawcy na targach mówili, że w lasach pełno grzybów — prawdziwki, podgrzybki, kurki.
Emmę ciągnęło do lasu: pooddychać świeżym powietrzem, pobyć w ciszy, nazbierać choćby kilka grzybów — nawet niejadalnych, ale swoich.
Dla niej to nie było hobby, lecz sposób na reset.
Matka Emmy każde lato i jesień chodziła sama do lasu — przynosiła jagody, poziomki, maliny. Ale nie zdołała przekazać córce ani grzybowej wiedzy, ani zmysłu orientacji. Emma słabo rozróżniała grzyby, myliła nazwy i gatunki. Tylko kurki budziły w niej trochę zaufania — i to nie zawsze.
Iść do lasu samej — nie wchodziło w grę. Znaleźliby ją co najwyżej z psami i grupą wolontariuszy. Dlatego co jesień Fryderyk znosił prośby, wyrzuty, a nawet łzy — i raz na kilka lat się zgadzał.
— Jedź sama albo znajdź kogoś… Ja odpadam — stwierdził w końcu.
Lubił grzyby. Ale tylko prawdziwki. Resztę ignorował z pogardą. Emma za to kochała cały proces: błądzenie po mchu, zapach ziemi, szelest liści. Każdy grzyb był dla niej odkryciem, bez względu na to, czy nadawał się do jedzenia.
Fryderyk chciał tylko jednego — świętego spokoju. Pracował jako kierowca i marzył o wolnym dniu na kanapie z piwem, a nie o jeżdżeniu po wertepach i błądzeniu po lasach.
Ale tym razem Emma była wyjątkowo uparta.
— Dobrze. Wybieraj sama. Tylko zatankuj — nie odpowiadam za konsekwencje — burknął.
— Las, las… — mruczał, odpalając auto. — Więcej jeździmy niż zbieramy. Może mam ci kupić grzyby?
— Nie grzybów mi trzeba! Chcę po prostu tam być… w lesie… po prostu być!
— Kobiety… — pokręcił głową.
Emma wzięła przygotowania w swoje ręce — mapa, jedzenie, koszyki. Pojechał z nimi też ich siedmioletni syn, Maks, który — jak ojciec — nie był zbyt zachwycony. Liczył na dzień z tabletem i pizzą, a nie na łażenie po lesie.
Auto skręciło w wąską ścieżkę i wkrótce znaleźli się na małej polanie.
— Cudownie — powiedział Fryderyk, rozsiadając się wygodnie. — Pogoda dobra, nie ma komarów — idź się baw.
— A ty?
— A ja pośpię. Tak wygląda mój wypoczynek.
Maks rozsiadł się z tyłu z tabletem i kanapkami.
— Komary mnie żrą! — poskarżył się i zanurzył w bajkach.
— No i dobrze — mruknęła Emma. — Przynajmniej pobędę trochę sama w lesie…
Zanim odeszła, przypomniała sobie starą radę: „Jeśli słońce masz za plecami, wracaj w jego stronę”.
„Proste” — pomyślała.
Telefon zostawiła w samochodzie — „żeby nie stracić kierunku”.
Na początku wszystko szło dobrze. Grzyby trafiały się rzadko, ale jednak.
Koszyk powoli się zapełniał. Ale las robił się coraz gęstszy.
Słońce chowało się za chmurami. I wtedy Emma zrozumiała: nie wie, gdzie jest.
Nie było słychać żadnej szosy, żadnego auta, żadnego punktu odniesienia. Panika rosła.
Deszcz siąpił, niebo ciemniało. Koszyk przeszkadzał w marszu.
„Może ta ścieżka? Albo tamta jodła?”
Krążyła, próbowała przypomnieć sobie drogę powrotną.
W końcu natknęła się na zwalony pień — na pewno nie tędy. Zawróciła, pobiegła w inną stronę.
Ale deszcz się nasilał…

Related Posts