Sprzedawczyni na targu podarowała pieniądze chłopcu-wędrowcowi i nie miała pojęcia, jak jej dobry uczynek obróci się za 15 lat.

Svetlana ciężko opuściła torby na ziemię:
— Boże, myślałam, że nie dam rady.
Pomimo poranka było już bardzo gorąco, a ludzie szukali cienia pod markizą targowiska.
„Daj spokój, Svet. Wszyscy noszą i nic się nie dzieje” – pocieszał ją kolega z targu, również sprzedawca. „Dzisiaj wygląda, jakby cały świat wymarł”.
Svetlana zaczęła układać na ladzie słoiki i torebki z produktami rolnymi. Z goryczą myślała o tym, że gospodarstwo, w którym pracowała na wsi, od dawna przynosiło straty. Niewielka pensja – i to bez końca opóźniana, i gdyby pracownice nie wynosiły po trochu mleka na targ, nie byłoby sensu tam pozostawać.
W końcu wszystko rozłożyła i rozejrzała się.

— Dzisiaj się spóźniłam — westchnęła, patrząc na ludzi wychodzących z autobusów i samochodów po produkty mleczne.
Zazwyczaj towary rozchodziły się szybko. Tak samo było i tym razem: jakiś samochód zatrzymał się jeszcze przed przyjazdem autobusu z klientami, a Swieta od razu sprzedała połowę tego, co przyniosła.
„Jeśli tak będzie dalej, za kilka dni mogę powiedzieć sąsiadowi Wance, żeby zaczął remont w moim domu” – rozmyślała. „Chociaż nie będzie to solidna robota, trzeba będzie sklejać stare z nowym. Ale na razie niech się trzyma, a potem zobaczymy”.
W tym momencie na parkingu zatrzymał się kolejny autobus, a jako pierwszy wyskoczył z niego dwunastoletni chłopiec. Widać było, że długo rozmawiał z kierowcą, prosząc o coś, ale ten odmówił. Chłopiec odszedł i ze smutkiem usiadł na krawężniku.
„Svet, znasz tego chłopca?” – zapytała znajoma sprzedawczyni. „Chyba nie jest z naszej okolicy”.
»Nie« – odpowiedziała. „Może z Pawłowki? Chociaż raczej nie. Wydaje mi się, że widziałam tam wszystkich”.
– No dobrze, idę do domu, wszystko sprzedałam. Mam nadzieję, że ty też wszystko sprzedasz! – powiedziała życzliwie kobieta.
– Dziękuję – skinęła głową Svetlana, pozostając na targu sama z kolejną skandaliczną sąsiadką z wsi.
Svetlana spojrzała na samotnie siedzącego chłopca, wzięła butelkę mleka i podeszła do niego:
– Cześć, chcesz mleka? Poranne, jeszcze ciepłe.
Chłopiec spojrzał na butelkę z zachłystem, ale odpowiedział niepewnie:
– Dziękuję, ale nie.
— Weź, dam ci za darmo. I proszę, serniki, ja na tym upale nie będę chciała jeść — Svetlana z uśmiechem podała mu zawiniątko.
Chłopiec zawahał się, ale potem z wdzięcznością przyjął poczęstunek. Podczas gdy jadł, Svetlana obserwowała go: był chudy, miał bystre oczy.
— Nie jesteś stąd, prawda? — zapytała.
Chłopiec potrząsnął głową:
— Nie. Jadę do taty. Mama i tata rozwiedli się, a ona wyjechała do wsi do krewnych, ale mi się tam nie podoba. Na początku było fajnie, ale potem zaczęli pić i kłócić się. Tata przyjechał, przywiózł pieniądze, a oni wszystko wydali. Tata chciał mnie zabrać ze sobą, ale mama nie pozwoliła. A dwa dni temu pojawił się jej nowy partner, upił się i rzucił się na mnie z pięściami… Noc spędziłem w szopie.
— Wiesz, gdzie jechać? — zapytała Swieta, nieco uspokoiwszy się: chłopiec ma rodziców.
Chłopak energicznie skinął głową:
— Oczywiście, muszę dojechać do dworca autobusowego, a tam dom jest prawie obok. Mieszkałem tam, choć dawno temu, ale pamiętam.
— A ile kosztuje bilet? — zapytała Swietlana.
— Dwieście rubli — odpowiedział chłopiec.
Svetlana westchnęła: dzisiaj zarobiła około dwóch tysięcy, a wszystko trzeba będzie oddać Wanience na remont. Ale mimo to postanowiła pomóc.
— Proszę, weź. Autobus już podjeżdża, jedź do taty.
Chłopiec spojrzał na nią z niedowierzaniem:
— Naprawdę dasz mi pieniądze?
— Tak, tak, weź — odpowiedziała, patrząc mu za plecami. Pobiegł do autobusu, ale potem odwrócił się i uściskał ją na chwilę:
— Bardzo dziękuję!
Svetlana poczuła, jak zaparło jej dech w piersiach. Nie miała własnych dzieci, a mąż odszedł, kiedy była jeszcze bardzo młoda.
Autobus odjechał, a chłopiec wychylił głowę przez okno, machając jej ręką:
— Jak masz na imię? — krzyknęła.

— Dimka. A pani? — zapytał.
— Swiatłana. Ciotka Swiatłana — odpowiedziała z uśmiechem.
— Jeszcze się zobaczymy, ciotka Swiatłana! — krzyknął, ale autobus już wyjechał na drogę.
Swiatłana gwałtownie się odwróciła, słysząc szyderczy głos koleżanki sprzedawczyni:
– Co za idiotka! Masz mózg?
Spojrzała na bezczelną kobietę, gotowa stanąć w swojej obronie:
– A co ci do tego? Pilnuj siebie.
Wróciła do domu godzinę później – zła i rozczochrana. Nie sprzedane mleko się zgrzało i trzeba będzie je ponownie oddać do przetworzenia, na pewno się zsiadło.
Na ulicy zagrzmiało.
Svetlana wyjrzała przez okno i zauważyła zbierający się deszcz. Zgodnie ze zwyczajem zaczęła ustawiać miski, aby zebrać krople. Kupiła materiały budowlane, ale sąsiad Wanka załatwiał jej dach za pięć tysięcy, a ona nie mogła zebrać takiej kwoty. Może poprosić go, żeby poczekał i zrobiła to na kredyt?
Deszcz zagrał wesołą melodię na dachu, a potem na miskach. Svetlana smutno patrzyła na krople deszczu, wspominając Dimkę. Ciekawe, czy dotarł do domu? Jak jego tata? Może tata znowu się ożenił. Dorośli są zbyt pochłonięci własnymi problemami, zupełnie zapominając o dzieciach.
***

Minęło piętnaście lat.
— Michaił Juriewicz, dlaczego pan jest takim człowiekiem? Całe życie tu pracowałam, całe zdrowie zostawiłam na tej farmie, a pan nie chce mi pomóc.
– Dlaczego nie chcę, Svetlana Evgenievna? Bardzo chcę. Proszę zapłacić, a jutro ekipa będzie u pani. Takie są czasy, rynek, za darmo nic nie ma. – Wzruszył ramionami, jakby to wszystko wyjaśniało.
Svetlana uderzyła pięścią w stół:
— Nie opowiadaj mi bzdur, Misza. Zawsze taki byłeś. Rozgrabiłeś całą farmę, sam się tu wkręciłeś. Jak zobaczę właściciela, powiem mu wszystko o tobie!
— Eugienijewna, nie straszyć starego człowieka. Oczywiście, powiedz właścicielowi. Tylko raz był tu przez całe trzy lata, ma ważniejsze sprawy niż rozmowy ze staruszkami. Idźcie z Bogiem – machnął ręką.
Svetlana wyszła z gabinetu, trzaskając drzwiami.
Przeżyła życie, a emerytura jest minimalna, nie zawsze wystarcza na chleb, nie mówiąc już o remoncie domu.
Przy budynku administracji, lub, jak nazywano go dawniej, biurze, znów zaczęło padać.
Svetlana natknęła się na sąsiadkę, z którą kiedyś pracowała na farmie i razem sprzedawała mleko, po cichu wynosząc je stamtąd. Postanowiła podzielić się najświeższymi wiadomościami:
— Petrovna, wiesz, nasz szef, niech go szlag, odmówił pomocy z domem. Powiedział, że mamy rynek i bez pieniędzy nic nie da się zrobić.
— Co to za człowiek — powiedziała sąsiadka. — Sama chciałam poprosić go o traktor, żeby przywieźć drewno, ale teraz na pewno nie pójdę.
— Nie idź — zgodziła się Svetlana. — Wolę, żeby włożył sobie dodatkową kopiejkę do kieszeni, niż pomógł komuś innemu. Nie niszcz sobie nerwów. U mnie aż skoczyło ci ciśnienie.
– Tak, w naszym wieku nie można się przejmować – dodała Michajłowna, podtrzymując Svetłanę pod ramię. – Nie przejmuj się tym, trzeba się krzątać, myśleć, jak sobie poradzić.
Svetłana westchnęła ciężko:
– To niesprawiedliwość, całe zdrowie zostawiliśmy na tej farmie. Ile lat minęło, a nie ma żadnego wsparcia.
— Daj spokój, Svet — machnęła ręką Michajłowna. — Wiesz przecież, jaki on jest. Nie jest żonaty. Pewnie nie bez powodu nikt się nim nie interesuje.

— To prawda — zgodziła się Svetlana i obie się roześmiały. — Odpłaca mu się za jego grzechy. Dobrze, chodźmy już do domu.
— Jesteś blada — zauważyła z niepokojem Michajłowa. — Pójdę z tobą, zmierzymy ci ciśnienie.
Svetlana sama czuła, że się przejęła. W domu aparat pokazał, że ciśnienie jest bardzo wysokie.
— Podłogi zgniły, dach przecieka, jak tu spokojnie mieszkać? — skarżyła się.
— Gdzie masz lekarstwa? — zapytała Michajłowna. — Nie wstawaj, połóż się z takim ciśnieniem.
Svetlana machnęła ręką:
— Tam, w kuchni, na stole. Boże, żeby to się już szybko skończyło — wymamrotała cicho.
— Co ty mówisz — krzyknęła sąsiadka. – Nie wolno mieć takich myśli.
Ale Svetlana nie zdążyła odpowiedzieć, ponieważ na ulicy rozległ się odgłos nadjeżdżającego samochodu. Michajłowa wyjrzała przez okno:
– Ojej, Svet, jaki piękny samochód. Nasz Misha nawet o takim nie śnił. Może ktoś się zgubił? Pójdę zapytać.
Leki mogą poczekać, pomyślała Svetlana, kierując się wraz z sąsiadką do wyjścia. Wyszły na ulicę, gdzie przy bramie stał samochód, który najwyraźniej nie był przeznaczony do jazdy po wiejskich drogach. Dzieciaki z okolicy pospieszyły, aby obejrzeć rzadki widok. Z samochodu wysiadł młody chłopak i starszy mężczyzna.
— Dzień dobry, szanowni panie — przywitał je starszy mężczyzna, skłaniając siwą głowę.
Svetlana i Michajłowa roześmiały się:

— Ach, gdzie ty był, sokole, kiedy my byłyśmy dziewczynkami?
— Proszę powiedzieć, czy tu mieszka Svetlana? — zapytał młody mężczyzna.
Svetlana przestała się uśmiechać, nagle zdając sobie sprawę, że ktoś naprawdę jej potrzebuje.
Svetlana nie zdążyła odpowiedzieć, gdy do niej podszedł młody mężczyzna z życzliwym uśmiechem.
— Dzień dobry, pani jest ciocia Svetlana? — zapytał.
Svetlana Evgenievna była zaskoczona: nie mogła sobie przypomnieć takiego znajomego. Niemniej jednak w jego spojrzeniu było coś znajomego, coś z przeszłości.
I wtedy przypomniała sobie: „Jadę do taty. Dimka”. Młody mężczyzna rozłożył ramiona, aby ją uściskać:
— Tato, ciocia Svetlana mnie rozpoznała! – powiedział radośnie. – Dzień dobry, przepraszam, że nie przyjechaliśmy wcześniej, żeby podziękować.

Oszołomiona Svetlana mówiła zdezorientowana:
– Boże, co my tak na ulicy stoimy. Wejdźcie do domu, napijemy się herbaty. Tylko najpierw coś zjemy.
Po herbacie Dima rozejrzał się dookoła:
— Ciotko Svetka, czy pani mieszka tu zupełnie sama?
— Tak, zupełnie sama, Dimochka, jak palec — odpowiedziała.
— A co, czy teraz jest tu kołchoz, czy kto, nie może pani pomóc? Pamiętam, że pani chyba pracowała — zdziwił się chłopak.
– Och, nawet nie pytaj, Dima. Teraz pomagają tylko za pieniądze – westchnęła Svetlana.
– To dziwne. No cóż, tato, możemy zostać tu na kilka dni? – zwrócił się do ojca.
– Oczywiście, że możemy, czemu nie? – zgodził się ojciec.
Następnego dnia wydarzenia następowały jak w bajce. Svetlana obserwowała to, co się działo wokół niej, jakby to nie dotyczyło jej. Wieczorem Dima przywiózł mężczyznę, który dokładnie mierzył dom i coś zapisywał. A już rano przed domem Svetlany i w środku pracowała cała ekipa robotników.
Pod wieczór do domu podszedł Michaił, lokalny zarządca, i z niezadowoleniem stwierdził:
— Nie chciałaś zapłacić swoim, a teraz płacisz obcym.
Natychmiast podszedł do niego ojciec Dimy:
— Cieszę się, że pana tu spotkałem. Pracuję w administracji i chciałbym dowiedzieć się, w jaki sposób pomagacie starszym ludziom, którzy służyli państwu.’

Michaił zawstydził się, a ojciec Dimy odciągnął go na bok. Podszedł Dima i z lekkim westchnieniem powiedział:
— Nie spodziewałem się tego. Ciotko Svet, czy będziemy mogli czasem was odwiedzać? Nie mam babci, w wiosce jest dom, w którym mieszkała mama, ale nie chcę go oglądać.
Svetlana uśmiechnęła się, czując, jak ze szczęścia łzawią jej oczy.
— Czyżby za dwieście rubli spotkało mnie takie szczęście? — szlochała.
Dima znów ją objął:
— Nie za dwieście rubli. Za twoje dobre serce.

Related Posts