Joanna zamieszkała w nowym miejscu. Urządzała ją mała dwupokojowa Chruszczow na pierwszym piętrze dwupiętrowego domu na obrzeżach miasta.
– No właśnie. Idę na rozbudowę-cieszyła się, przytulając mamę, która przyjechała z wioski, aby zobaczyć parapetówkę córki-na początku miałam dość odnushki, ale muszę pomyśleć o przyszłości.
– Racja, może wyjdziesz za mąż, pojawią się dzieci. Potrzebuję sypialni dla dziecka-mówiła z nadzieją Nina Iwanowna.
– Czekaj, nie zamierzam. Ale uważam, że zarobione pieniądze włożyłam prawidłowo-odpowiedziała Joanna.
Układała domowe kwiaty na parapetach. Świeże powietrze pierwszego mrozu wpadło do okna. Przez szybę dziewczyna zauważyła uważnie obserwujące ją Oczy.
To był pies. Jeanne widziała ją podczas rozładowywania rzeczy. Pies siedział przy wejściu, a widząc przeprowadzki ukrył się pod ławką.
– Hej, kim jesteś? – co? – zaśmiała się Joanna machając do psa. Ta machnęła ogonem i przechyliła głowę na bok.
– Z kim nam flirtujesz? — co? – spytała Nina Iwanowna-czyż nie jesteś już kawalerem w nowym miejscu?
– Nie, kiedy … to piesek siedzi, czyżby bezdomny? Joanna odpowiedziała cicho i poszła do lodówki. Otworzyła ją, ale na razie była pusta. Tylko słoiki marynat, które matka przywiozła ze wsi.
– Na razie układaj rzeczy w szafie, a ja uciekam do sklepu. Musimy przynajmniej ugotować zupę-krzyknęła Joanna i rzuciła płaszcz i chusteczkę, pospieszyła na ulicę.
Pies podążył za nią, ale po odprowadzeniu z podwórka wrócił do domu.
– Jesteś mądra. Nie odchodzi-szepnęła Joanna. W Sklepie, oprócz produktów dla siebie, kupiła również karmę dla psów.
Podchodząc do wejścia, zobaczyła starszą sąsiadkę, która wlewała resztki zupy do miski przy ławce.
Kobieta przywitała się z Jeanne i powiedziała, że motyka jest psem niczyim, mieszka na ich podwórku przez około sześć miesięcy.
– Nie wiadomo skąd się wzięła. Przybiłam się do nas. Karmimy ją, kto może. Kto nalewa zupę, kto wyciąga kość. Ludzie mieszkają tu biedni, głównie emeryci.
– Dlaczego nikt jej nie weźmie? – co? – spytała Joanna. – jest mała i widać, że czuła i mądra.
– Kto jej potrzebuje? Kto ma alergię, kto ma koty, a kto ma obsesję na punkcie czystości. Ok, chociaż nie obrażają… i kawałki są podawane-odpowiedziała starsza pani-a ja nazywam się Baba Lisa…
– Rozumiem-Joanna włożyła do pustej już miski karmy. Motyka z chciwością zaczęła jeść.
Matka pomogła Jeanne rozłożyć rzeczy i wyjechała dzień później. Teraz dziewczyna zaczęła pracować w dni powszednie, ale w nowym mieszkaniu, radosne. Joanna latała jak na skrzydłach. Dokonała remontu, odnowiła kuchenkę w kuchni.
Zima miała swoje prawa. Grudzień przyniósł mróz i opady śniegu. Joanna przychodziła z pracy i zawsze spotykała ją przy wejściu. Była zaśnieżona, drżąca i patrzyła z nadzieją na poczęstunek.
-Chodź, chodź do mnie-nie wytrzymała Joanna pewnego wieczoru, gdy termometr spadł poniżej dziesięciu stopni.
Pies natychmiast podążył za dziewczyną. Usiadła na korytarzu i patrzyła na Joan jako wybawczynię.
Jeanne zidentyfikowała metalową miskę dla mochi i wsypała tam paszę. Wlej wodę do starego małego rondla.
– Teraz zrobię ci leżankę – obiecała i znalazła w szafie swój stary sweter. – oto z ramienia Pana. Gracie, moja duszo.
Sweter zamienił się w dywan, motyka powąchała go i położyła.
– Tak, jaka jesteś skromna-zdziwiła się Joanna. Siedziała prawie godzinę obok psa i głaskała go, mówiąc, że teraz motyka nie będzie zimna, a Jeanne spróbuje znaleźć jej dobre ręce.
Tego samego wieczoru Jeanne ogłosiła w Internecie, oferując wspaniałego psa. Zrobiła zdjęcie i czekała na telefony.
Pierwszego dnia zadzwonili nastolatkowie, którym Jeanne natychmiast odmówiła.
– Nie, Mocia, tylko w odpowiedzialnych rękach Cię zdefiniuję. A Nastolatki to ludzie, choć dobrzy, ale sami wciąż są na utrzymaniu rodziców i nie możemy ryzykować.
Motyka słuchała uważnie i wydawało się, że wszystko rozumie.
Połączeń było niewiele. Ktoś nie lubił psa z ulicy, ktoś chciał dokładnie poznać wiek i stan zdrowia, a potem całkowicie przestał dzwonić.
Przez około dwa tygodnie Motyka i Joanna nie otrzymywały wiadomości od chętnych do schronienia u siebie przyjaciela mężczyzny.
Jeanne chodziła po Mocie, karmiła, czesała i była zaskoczona zachowaniem psa.
– Musisz być dobrze wychowana! Nie kręcisz się po mieszkaniu, nie wspinasz się na łóżko, szybko przyzwyczaiłeś się do miejsca, a co najważniejsze, nie szczekasz głupiego. Nie pies, ale skarb! -co? – podziwiała Jeanne, zdając sobie sprawę, że kiedyś pies był domowy.
Sąsiedzi widzieli dziewczynę adoptującą psa i chwalącą nowego sąsiada. Niektórzy zwykli przynosić kości z galaretki, resztki owsianki mięsnej.
– Z takimi dobrymi sąsiadami utrzymanie psa mi wyjdzie na zero – zaśmiała się Joanna – a ja chcę go wszystko dołożyć… teraz szkoda oddać-to…
Jeanne jest naprawdę przyzwyczajona do swojej Moty. Rozmawiała z nią, wychodziła więcej na spacer, oddychała na świeżym powietrzu i częściej zaczęła komunikować się na podwórku z sąsiadami. Uwielbiała to.
A kiedy nagle rozległ się telefon O psie, zawahała się:
– Co? Pies? Nie … Nie, chyba … Przepraszam. Nie, dostałeś się tam. Telefon jest poprawny. Ale już nie oddaję. Pardon…
Spojrzała na śpiącą Motyę i podeszła do niej.
– To jest motyka. W końcu cię zostawiam. Bo jesteś najczystsza. Tak jest.
Jeanne dostała telefon. Koleżanka gorąco dyskutowała o zbliżającej się wiosennej wycieczce do południowego pensjonatu.
– Słuchaj, Jeanne, to nasza szansa. Mówią, że wojsko odpoczywa. Może znajdziemy kawalerów, co? – żartowała-na jakie masz wakacje? Weźmy razem i zarezerwujmy bilet.
– Nie, Svetik, moje plany się zmieniły – odpowiedziała spokojnie Joanna. – tak, nie, wszystko w porządku. Nie, Nie ma pana młodego. Po prostu … cóż, po prostu obiecałam matce, że będzie miała wakacje. Rozumiesz? Tak trzeba…
Jeanne wyłączyła słuchawkę i poszła do kuchni.
– Motyka, idź na herbatę. No i CO, że nie pojadę do tego pensjonatu? Nie będziemy szukać narzeczonych, prawda? Pojedziemy na wakacje do mamy na wieś. Tutaj jest blisko i nie jest drogie i będzie nam fajnie! Czy w ogrodzie, w ogrodzie, poluzujemy łóżka – powiedziała Joanna psu, śpiewając-a to, komu Cię zostawię? Znów strzec podwórka? Cóż, nie. Razem tak razem.
Na wakacje Jeanne przyjechała do mamy z psem. Matka tak bardzo polubiła Motya, że namówiła Jeanne, by ją jej zostawiła.
– Córko, pozwól jej zamieszkać ze mną przynajmniej latem. Będzie tu w domu na podwórku przez całe lato na świeżym powietrzu — a ja mam więcej zabawy-powiedziała Nina Iwanowna.
– Wow-odpowiedziała Joanna-cóż, możesz spróbować.
Mieszkali razem przez całe wakacje, a potem Jeanne wyjechała do miasta, trzeba było pracować.
Jednak dziewczyna zaczęła często jeździć do matki, ponieważ sama była już niezwykła w mieszkaniu bez Mochi.
Tak się stało. Albo Jeanne zabierze ze sobą motykę na tydzień, a potem zostawi ją matce. Pewnego lata w lesie zbierała jagody. Motia biegła obok. Ale nagle pies szczekał. Jeanne wstała i obejrzała się.
Wtedy zobaczyła, że inny czerwony pies podbiegł do Moty i zaczęli wąchać i flirtować. Wkrótce na polanę wyszedł także właściciel. Jak się okazało, był letnim mieszkańcem, odpoczywał w ich wiosce. Słowo za słowo, a Jeanne poznała Aleksieja, trzydziestopięcioletniego mężczyznę, inżyniera z Regionalnego Centrum, który gościł tu u Rodneya.
– Wkrótce wyjeżdżam do Tweru. Mój odpoczynek się kończy-relacjonował Joannie po kolejnym spacerze po grzyby. – dziękuję za towarzystwo. Są ludzie, z którymi szybko się spotykasz. I taka jesteś.
– Zgadza się, ty też taki jesteś. A nasze psy natychmiast się zaprzyjaźniły-uśmiechnęła się Jeanne. Wymienili Telefony i zerwali.
Aleksiej wyjechał, a Joanna zaczęła też rzadziej jeździć na wieś. Alexey zapadł jej w duszę, ciągle go pamiętała i wzdychała.
Jednak zaczął do niej dzwonić, a ich znajomość trwała przez telefon. W jesienne wieczory rozmawiali przez długi czas, aw weekend Aleksiej zaczął przyjeżdżać do dziewczyny i zabierał ją do teatru lub na wystawy w Twerze.
Motyka Joanna w takich dniach powierzyła sąsiadce. Pies czekał na swoją kochankę i był bardzo zadowolony z powrotu dziewczyny.
– Co, Motenka? – powiedziała kiedyś Jeanne, która przyjechała z Randki. – Co zrobimy?
Joanna świeciła ze szczęścia. Przysiadła do psa i zaczęła go głaskać.
– Alyosha wzywa mnie do małżeństwa… jak myślisz? Joanna zaśmiała się i potargała za kłębek Motu.
Pies lizał ręce dziewczyny i skakał.
– Oczywiście, że się zgodziłam. Zabiorę cię mamie. Mam nadzieję, że często się z Tobą widujemy. Dobra?
Motyka jadła już poczęstunek, a Jeanne dzwoniła do matki, aby opowiedzieć o tak dużej wiadomości dla ich rodziny.
– To dobrze, Przynieś mi motykę – powtórzyła myśli córki matka-przestań wozić psa tam iz powrotem. Nie trzeba go jeszcze ciągnąć do Tweru. Niech żyje spokojnie w naszej wiosce. I nie nudzę się. A Ty i Alosza-największe szczęście.
Nina Iwanowna siedziała w kuchni i robiła na drutach botki dla dziecka. Obok, u jej stóp spała motyka, pies, który przyniósł jej córce fatalną znajomość, a tym samym szczęście.
– Jak to się dzieje, Motia-argumentowała kobieta-człowiek uczyni dobro, a ono do niego wróci. To tak, jakby Bóg widział z góry wszystko o nas i wiedział o czym marzymy i jak lepiej nam podziękować … Chwała Tobie, Panie. Podziękowanie…
